Zimowa Watra Wędrownicza 2016

Jest to pierwsza relacja na moim blogu, proszę o wszelkie uwagi, szczególnie te krytyczne na temat treści i wyglądu wpisów.

ZWW jest to tak zwane przypadkowe spotkanie w górach. Podharcmistrz Leon Suski z Chorągwi Śląskiej już po raz 13 przyciągnął w swoje rejony setki wędrowników z całej Polski. Zasady są bardzo proste: na jakiś czas przed tym wydarzeniem na stronie www oraz oficjalnym fanpagu publikowane są trzy najważniejsze informacje: współrzędne geograficzne, tematyka wspólnego zdjęcia oraz data. Zawsze po odszyfrowaniu tego ciągu cyfr pokazuje Nam się jakiś szczyt Beskidu, na którym śmiałkowie mogą spróbować spędzić noc.

Mając w pamięci ubiegłoroczną wyprawę, dopisałem ten wyjazd do moich obowiązkowych celów na ten podróżniczy rok.

Lista zakupów

Lista zakupów


Piątek – 4.2.2016 r.
Miałem wiele szczęście, że udało mi się dotrzeć bez opóźnień do celu, gdyż jak się okazało przez sen wyłączyłem budzik, ale mój wewnętrzny instynkt przebudził mnie o 6.10, co pozwoliło mi na spokojnie przygotować się do podróży. Po przygotowaniu sobie kanapek, wzięciu prysznica, oraz zjedzenia bardzo skromnego śniadania w postaci kromki z masłem orzechowym ruszyłem w drogę. Miałem nadzieję, że mam wszystko co chciałem zabrać, ale to była tylko nadzieja. Jadąc już w pociągu i myśląc o tym co mnie czeka w najbliższych dniach, przypomniałem sobie o tym, że moje ulubione pół kilograma leży teraz w mojej lodówce. Wagon był bezprzedziałowy, a moją partnerką była zadbana pani co pozwoliło mi w spokoju na przedłużenie mojego snu o kilka godzin, aż do do podróży do Wrocławia, na który chciałem popatrzeć przez okno. Reszta podróży minęła bardzo szybko, kiedy to myślałem o wszystkim. Dotarłem do Katowic, gdzie miałem około godziny wolnego czasu w oczekiwaniu na przesiadkę. Głód mnie rozpierał i z uwagi na piątek postanowiłem, że zjem jakąś rybkę w North Fishu, ale okazało się, ze katowicki dworzec nie oferuje takich możliwości. Zachęcony wyglądem postanowiłem zamówić kanapkę z jajkiem i warzywami oraz produkt dnia czyli przecenionego pączka w piekarni „kiełek”. Nie polecam tam jeść! Myślałem, że na bułce stracę zęby a pączek też nie był pierwszej świeżości. Jeszcze udało mi się skoczyć na trochę do centrum miasta, które zaciekawiło mnie i mam ochotę wrócić tu kiedyś na dłużej, by pozwiedzać. Gdy na peron podjechał mój pociąg, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Czy ja mam jechać tym czymś? Wagony pomalowane niechlujnym graffiti i do tego całe obłocone sprawiały wrażenie opuszczonych. Po wejściu do środka nie było lepiej. Stare brzydkie ławki, pomiędzy którymi było bardzo ciasno, a do tego grupy górników wracających z pracy i sączących ekskluzywne piwo, czyli Żubra. Udało mi się znaleźć miejsce na brzegu kanapy i męcząc się podziwiałem Śląsk. GOP kojarzy mi się bardzo negatywnie jako miejsce brudu i ubóstwa, do tego terroryzujące swoimi roszczeniami resztę kraju. Na szczęście w Bielsko-Białej ubyło pasażerów, widoki stały się ciekawsze a nawet pojawił się śnieg. Gdy wysiadłem w miejscowości gdzie zamierzałem spędzić najbliższą noc, czyli Rajczy moim oczom ukazał się cudowny widok: wiejska sielanka, kilkunastu centymetrowa warstwa śniegu, wartki potok oraz góry dookoła. Tego było mi trzeba po trudach zimowej sesji! Po około czterdziestu minutach marszu podczas którego wspomagałem się wskazówkami tubylców i mapami w telefonie o 17.40 dotarłem do schroniska młodzieżowego. Po wejściu do budynku miałem wrażenie jakbym trafił w złe miejsce, dopiero na drugim piętrze spotkałem ludzką duszę, którą okazał się Kamil, jak się okazało mój kompan podróży. Poinformował mnie, że cały ośrodek podczas najbliższej nocy jest tylko dla Nas. Korzystając z okazji wskoczyłem do łóżka i odsypiałem ostatnie noce poświęcone nauce. Wstałem po godzinie 22, zjadłem kolację i postanowiłem towarzyszyć Kamilowi w wyprawie powitalnej na dworzec. Znów blisko 4-kilometrowy spacer. Na stacji z równie obrzydliwej maszyny wysiadło jeszcze 6 harcerzy. Zaledwie tydzień wcześniej nasz patrol miał liczyć 15 członków, dzień przed wyjazdem 11, by ostatecznie skurczyć się do 8 osób.
Stacja w Rajczy

Stacja w Rajczy


Znów ta przeklęta trasa ze stacji do schroniska, ale umilały mi ją opowieści mojego przyjaciela Piotrka o jego ostatnich przygodach. Gdy wszyscy ulokowali się w pokojach, w naszym dawał się we znaki niemiłosierny smród spoconych samców. Następnie druga, tym razem wspólna kolacja, na której miałem okazję zobaczyć z kim będę jutro zdobywał szczyty. Jeszcze trochę żarcików i po godzinie drugiej lulu.

Sobota – 6.02.2016 r.

Ranny ptaszek

Ranny ptaszek

Rzeczy do spakowania

Rzeczy do spakowania

Łóżko w schronisku

Łóżko w schronisku


Mój dzień rozpoczął się odrobinę wcześniej niż kolegów z pokoju, ponieważ postanowiłem wziąć jeszcze poranny prysznic. Kolejny wyjazd na który, zapomniałem ręcznika i klapek. To i tak lepsze niż moja poprzednia passa, kiedy to kilka razy z rzędu zapomniałem szczoteczki do zębów. Świeży i pachnący, przeszedłem do następnej czynności i to była dopiero zabawa, czułem się jak ludzie z programu „Aukcja w ciemno”, którzy otwierają kontenery z nieznaną zawartością. Dzień przed wyjazdem przeglądając listę potrzebnych rzeczy, okazało się, że mniej więcej połowy nie mam w akademiku. Wysłałem, więc sms z wszystkim czego nie mam mojemu bratu i prośbę, by przekazał to Piotrkowi przed wyjazdem. Teraz nastąpiła chwila, w której miałem sprawdzić jakie niespodzianki skrywa ta reklamówka. Z grubsza wszystko się zgadzało, nie sprecyzowałem jedynie o jaką kominiarkę mi chodzi no i nie znalazł mojego drugiego śpiwora, więc przyjdzie mi spać jedynie w moim letnim. Mój żołądek marudził i na śniadanie skosztowałem jedynie jabłuszka. Znowu te kilka kilometrów do centrum miejscowości, uzupełnienie zapasów o paprykarz i wodę i możemy ruszać w góry. Na przystanku spotkaliśmy po raz pierwszy tego dnia innych harcerzy. Zanim jednak miał przyjechać bus, to okazało się, że tego dnia odbywa się jakiś rajd/maraton, który jest tutaj hucznie obchodzony i drogę zablokował pochód młodzieży z balonikami i transparentami z pobliskiej szkoły. Z lekkim opóźnieniem przyjechał nasz przewoźnik, a my i nasze bagaże zajęliśmy każdą wolną przestrzeń w tym pojeździe. Podjechaliśmy 4 kilometry do Rycerki, gdzie wstąpiliśmy na czarny szlak, którym mieliśmy iść, aż do celu naszej wędrówki. W tym roku wyjątkowo zdałem się na innych i nie miałem przy sobie mapy, lecz dostosowałem się do tego, jaką trasę wybiorą pozostali. Na początku szedłem ostatni, co wprawiało mnie w zakłopotanie, lecz dość szybko przesunąłem się na czoło naszego patrolu. Gdy wszedłem zziajany na Praszywkę Wielką (1044 mnpm) i okazało się, że jest to ponad połowa trasy, to z jednej strony byłem szczęśliwy, że uda nam się przed zmrokiem przygotować posiłek i rozbić obozowisko, a z drugiej moja ambicja, twierdziła, że to przychodzi mi zbyt łatwo. Niestety byliśmy w chmurze i widoczność była bardzo słaba. Zrobiliśmy półgodzinny postój, potem rozpoczęło się strome zejście w dół. W dobrym humorze z radością przyjmowałem kolejne wyzwania. Udało mi się zjechać kawałek na pożyczonym jabłuszku, a potem postanowiłem się sturlać z góry, co nie było dobrym pomysłem, ponieważ trafiłem na warstwę kamieni i byłem cały obolały.
Selfie w przełęczy

Selfie w przełęczy

Foteczka na pamiątkę

Foteczka na pamiątkę


Po osiągnięciu przełęczy, czekało nas ostatnie podejście. Wreszcie wyszło słoneczko, na które tak czekaliśmy.
Prawie z zaskoczenia

Prawie z zaskoczenia

Cały patrol

Cały patrol

3 SzDHiZ "Słońce"

3 SzDHiZ „Słońce”


Po drodze sesja zdjęciowa, a potem najtrudniejszy odcinek. Przez kilkaset metrów stromizny w górę, pod warstwą śniegu krył się bardzo zdradliwy lód. Zaliczyłem kilka wpadek, powoli sunąc się w górę, gdy usłyszałem krzyk Pitrasa stojącego o wiele wyżej ode mnie „założę się, że za 15 sekund nie dobiegniesz do mnie”. Ja nie dam rady?! Rozpocząłem szaleńczy sprint po drodze zaliczając kilka bardzo efektownych upadków, po każdym zjeżdżając kilka metrów w dół. Nawet na prostej drodze miotało mną jak szatan. Przekroczyłem czas, ale sędzia wybaczył mi to, przez to ile walki w to włożyłem. Kilka minut później osiągnęliśmy upragniony szczyt Bendoszki Wielkiej(1144mnpm), na którym stoi charakterystyczny metalowy krzyż.
Krzyż na szczycie

Krzyż na szczycie

Nasz namiot

Nasz namiot

Panorama

Panorama


Kilka minut podziwiania widoków, Piotrek wrzucił fotkę na fejsa, by inni trochę pozazdrościli, a potem bierzemy się do pracy. Trzeba przecież gdzieś spać. Pod koniec rozstawiania, gdy już pozostało nam jedynie wbić śledzie, okazało się, że ich nie ma! Ale przecież my harcerze… Kilka gałązek, trochę śniegu i namiot trzyma się, że nawet tornado by go nie ruszyło. Jak dobrze być w takich chwilach fotografem, idealna wymówka od pracy. Oczywiście jako pierwszy wpakowałem się do namiotu, lokatorzy byli trochę źli, bo jeszcze nie wszystko było gotowe, ale ja już oczami wyobraźni zakładałem suche skarpetki. Kamil podłożył folię NRC, na to karimaty I legowisko gotowe. Po ogarnięciu ubrań, przyszedł czas by wrzucić coś na ząb. Zabawiłem się w kucharza, na obiad zaserwuję proste w przygotowaniu I bardzo sycące danie czyli kuskus z sosem. Dla niewtajemniczonych kuskus jest o tyle świetny w przygotowaniu, że wystarczy zalać wrzątkiem i zostawić na chwilę by napęczniał. Wodę oczywiście uzyskujemy z otaczającego nas zewsząd śniegu, zużywanie niesionej na plecach wody na ten cel byłoby marnotrastwem. Posiłek bez szału, ale zapychający.
Obiadek

Obiadek


Pierwszy raz od dawna jadłem grzybki mun, pędy bambusy i inne składniki charakterystyczne dla chińskiej kuchni. Jako, że było jeszcze widno, a obozowisko rozstawione, postanowiliśmy, że pójdziemy w kierunku słowackiej granicy, by tam podziwiać zachód słońca. Po drodze wstąpiliśmy do schroniska, część ekipy potrzebowała wypróbować beskidzką toaletę. Z miejsca do którego dotarliśmy roztaczał się bajeczny widok.
Widok na Słowację

Widok na Słowację

Zachód słońca

Zachód słońca


Powrót do namiotu odbywał się już w półmroku, na szczęście nie odeszliśmy za daleko. Czas wolny! Ja poświęciłem go na ćwiczenie robienia zdjęć nocnych, po zrobieniu pierwszych sześciu byłem w głębokiej rozterce, co robię źle, czemu wszystko jest czarne? Okazało się, że nie zdjąłem dekielka z obiektywu . Wpisałem się jeszcze na listę weteranów, w przyszłym roku odbiorę już srebrną odznakę za trzykrotne uczestnictwo. O godzinie 20tej rozpoczęło się obrzędowe ognisko, w którym uczestniczyłem po raz pierwszy, gdyż w ubiegłym roku dotarliśmy dopiero na godzinę 23.
Wieczorne ognisko

Wieczorne ognisko


Jako, że jest to harcerski wyjazd, rozpoczęliśmy od odśpiewania „Płonie ognisko”. Druh Leon w bardzo ciekawy sposób przemówił, wręczył złote odznaki za 9krotne uczestnictwo. Następnie tradycyjnie każdy po kolei się przedstawiał głośno krzycząc skąd jest, ja miałem zaszczyt ryknąć „Hufiec Białystok, 8 osób”. Cały ten wyjazd ma na celu upamiętnienie żołnierzy, którzy przebywali na tych terenach, również zimą. Inny druh podczas gawędy, przedstawił nam historię „Zemsty”, który ze swoim oddziałem kilkadziesiąt lat temu żyli właśnie w tym miejscu, w sercu Beskidu Żywieckiego. Tak jak zawsze, na koniec obrzędowego ogniska odśpiewaliśmy drugą część „Płonie ognisko”. Dla harcerzy ognisko jest czymś szczególnym I dopiero zdjęcie z niego obrzędowości pozwala na suszenie ubrań, czy przygotowywanie posiłków przy nim. Całym patrolem poszliśmy do namiotów, przygotować się do spania. Leżąc w śpiworach zafundowałem moim towarzyszom świetną dobranockę, ponieważ na głos wkuwałem definicje z matematyki. Około godziny 22 postanowiłem iść spać, efektywnie udało mi się zasnąć dopiero około 3. Tak jak wspominałem miałem jedynie letni śpiwór, którego temperatura komfortowa wynosiła +15 a odczuwalna tej nocy była w okolicach -7, więc jak łatwo policzyć daje to różnicę ponad 20 stopni. Moja noc wyglądała tak, że co jakiś czas wstawałem i dokładałem kolejne ubrania na siebie. Gdy się kładłem miałem na sobie: skarpetki zimowe, kalesony, dres, t-shirt, sweter, szalik, zaś gdy zasnąłem: dwie pary zimowych skarpet, stopy obwinięte i wsadzone w rękawy koszulki termoaktywnej i plecak, dres, kalesony, t-shirt, sweter, puchowa kurtka, szalik, kominiarka, czapka, dodatkowo byłem obwinięty folią NRC, zwinięty w kłębek i cały w śpiworze a otwór na głowę zatkałem spodniami narciarskimi.

Niedziela – 7.02.2016 r.

Obudził mnie wibrujący telefon, gdzieś w okolicach stóp. W sumie to mnie to ucieszyło, bo w nocy parokrotnie martwiłem się tym, gdzie go wsadziłem. Plan na teraz był prosty: zrobić kilka fotek, wyjść na zewnątrz nagrać coś i zacząć się pakować. Już przy pierwszym kroku napotkałem trudności. Przed spaniem akumulator wsadziłem do kaleson na wysokości łydki, by nie zmarzł i utrzymał swoją energię. Rano obmacałem moje zgrabne nóżki, ale nie mogłem go znaleźć nigdzie. Wyszedłem ze śpiwora, przetrząsnąłem namiot od góry do dołu, potem śpiwór, nawet wyciągnąłem buty z worka na śmieci, który trzymałem w nogach w śpiworze (sposób na to, by buty nie zamarzły w nocy).

Sposób na przetrwanie

Sposób na przetrwanie

Nie każdy spał w namiocie

Nie każdy spał w namiocie

Ciężkie poranki

Ciężkie poranki


Obmacałem się drugi i trzeci raz, aż w końcu mnie olśniło. Okazało się, że akumulator się zsunął i był w skarpecie. Mniej więcej przywróciłem się do stanu w jakim spałem i ustrzeliłem kilka fotek. Wyszedłem przed namiot, nagrałem kilkanaście sekund filmu i wyskoczył komunikat „bateria rozładowana”. To chyba nocne fotografie i błyskanie flashem tak szybko wyczerpało całą energię. Wróciłem do namiotu, poleżałem momencik i zaczęliśmy się już pakować do wyjścia. Maciek poprosił, byśmy się sprężali, Ola prawdopodobnie się czymś zatruła i wymiotowała przez całą noc. Posłuchaliśmy się, nastąpiło szybkie pakowanie plecaków i namiotów. Potem tylko grupowa foteczka całej watry, a było nas łącznie 349 osób. Zdjęcie zawsze jest w jakiejś konwencji, tym razem tematem przewodnim były Gwiezdne Wojny. Zeszliśmy do schroniska, by naładować siły. Zamówiłem żurek i przepyszną gorącą szarlotkę. Spotkaliśmy organizatora, który widząc naszego wyczerpanego rodzynka, zaproponował, że podwiezie Ją, aż do Soli, do której zmierzaliśmy. Po tej dobrej wiadomości nastąpił szybki wymarsz męskiej części patrolu, by zdążyć przed nimi. Dzisiaj szliśmy bardzo prostą trasą, która opierała się tylko na zejściu a następnie maszerowaniu doliną. Założyłem moje śmieszne buty, których nawet nie umiem nazwać, a które dostałem w prezencie. Nie ma w nich rozróżnienia pomiędzy stopami, są bardzo ciepłe i wygodne. Takie trochę górskie kaloszo-kapcie. Jedynym mankamentem tych dziwolągów jest to, że są na mnie o wiele za duże i stopa mi lata po nich cały czas. Po zejściu do doliny, moje stopy dały mi znać, że jednak wolą iść w przemoczonych traperkach. Szybkim tempem dotarliśmy do Rycerki, tam wstąpiliśmy do sklepu, gdzie czekał na nas komitet powitalny w postaci lokalnych miłośników trunków wszelakich. Tak się złożyło, że akurat przejeżdżał drogą druh Leon. Wysadził Olę w specjalnej koszulce organizatorskiej. Śmieliśmy się, że warte było tyle poświęcenia dla takiej nagrody. Pozostało nam pokonać jedynie jeden niewielki szczyt, po którego drugiej stronie leżała nasza stacja. Pogoda nas rozpieszczała do tego stopnia, że wdrapywałem się jedynie w koszulce i podwiniętych spodniach. Piotrek też się rozebrał do kaleson i koszulki, ale wyglądał tak fantastycznie, że śmiechom nie było końca i chłopak się trochę speszył.
Więzienna stylizacja

Więzienna stylizacja


We dwójkę poszliśmy trochę szybciej, żeby w razie czego przytrzymać pociąg, bo Ola była w złym stanie. Po drodze jednak zachciało mi się nie iść normalnie mostem, tylko postanowiłem przeprawić się przez rzekę. Woda była bardzo… rześka.
Przeprawa przez rzekę

Przeprawa przez rzekę


W międzyczasie reszta grupy zdążyła nas wyprzedzić. Do końca wędrówki szedłem już bez butów. Co prawda trochę stopy piekły, gdy stąpałem po śniegu lub kamieniach, ale warto było. Na dworcu Ola jeszcze raz zwymiotowała, a my podzieliliśmy się niesionym sprzętem. 5 osób bowiem wracało a do Białegostoku a Ja, Kamil i Piotrek zostaliśmy w górach na jeszcze jedną noc. Z pociągu wysiedliśmy po dwóch przystankach, w Rajczy. Z radości osiągnięcia celu, postanowiliśmy uczcić nasz mały sukces i zaszliśmy do karczmy. Zamówiłem rozpływającą się w ustach goloneczkę. Teraz tylko znów ten męczący marsz do schroniska. Dzisiaj już nie byliśmy sami, a towarzyszyli nam uczestnicy jakichś kolonii. Po drodze na drugie piętro rzuciła mi się w oczy bardzo zgrabna dziewczyna odwrócona do nas tyłem. Na całe szczęście później zobaczyliśmy jej drugą stronę, bo tu już wyglądała na jakieś jedenaście lat. Co zamierzaliśmy zrobić? Leniuchować? A gdzież tam! W końcu jesteśmy w górach. Szybki prysznic, opłata za nocleg, świeże ubrania i heja na miasto. Przy oglądzie swojego ciała, zauważyłem, że po raz pierwszy od moich narodzin na moich stopach pojawiły się odciski i to od razu pięć. Skoro zaledwie 30 km dzieli nas od Żywca, a bilet kosztuje poniżej 4 zł to czemu by nie skorzystać. Dla odmiany, podróżowaliśmy teraz nowoczesnym wagonem, w którym panowała temperatura, która nas bardzo przybliżała do snu. Piotrek twierdzi, że spodobałem się konduktorowi, ponieważ co rusz gdy na mnie spojrzał to jego usta wykrzywiały się w szerokim uśmiechu. Zaopatrzyliśmy się w Biedronce, a na przystanku spytaliśmy się wystraszonych staruszków którędy nad jezioro, po czym pani wskazała nam drogę i stwierdziła, że to 20 minut stąd. Po kilkunastu minutach sprawdziłem gdzie jesteśmy na gps i szybko obliczyłem, że ta niepozorna staruszka musi być bardzo wysportowana, ponieważ według Jej wskazówek trzeba iść co najmniej 12km/h. Nie chciało się nam tak daleko maszerować i wybraliśmy ścieżkę, która zaprowadzi nas nad najbliższy skrawek jeziora. Dojście do jeziora okazało się trudniejsze niż się spodziewałem, gdyż wszystkie tereny dookoła były ogrodzone. Odnaleźliśmy w końcu ścieżkę, która zaprowadziła nas na coś w rodzaju wysokiego wału z piasku. Prawie nic nie było widać, ale chyba siedzieliśmy nad jeziorem, bo według gpsa to już byliśmy daleko od brzegu w wodzie. Rozsiedliśmy się pod słupem i podziwialiśmy Żywiec, a przede wszystkim pożar, który był na oko kilometr przed nami, po drugiej stronie jeziora.
Pożar w Żywcu

Pożar w Żywcu


Siedzę sobie spokojnie i rozmyślam sącząc napój Star Wars z Biedronki, gdy nagle słychać i widać sygnały. Nadjeżdża w naszą stronę wóz strażacki. Scena jak z Hollywood, wysiada z niego grupa strażaków, którzy idą całą szerokością drogi prosto na Nas. Jednak to nie my ich interesowaliśmy, a to co się działo za nami. Mieli problem z ustaleniem lokalizacji pożaru, potem sprawdzili czy da się przejechać i pojechali w inne miejscu. Siedzieliśmy na wzniesieniu i trochę wiało, więc przed powrotem zahaczyliśmy o centrum. Widoki jak w każdym miasteczku, zaintrygowała nas jednak śliczna katedra, zaczęliśmy obchodzić ją ze wszystkich stron. Nagle wszyscy wybuchliśmy miarowym śmiechem. Przed nami stał monumentalny pomnik disco Jezusa!
Disco Jezus

Disco Jezus

Takie dzieła tylko w Żywcu

Takie dzieła tylko w Żywcu


Każdy walnął sobie pamiątkową fotkę i idziemy w stronę rynku. Dosłownie 15 metrów dalej dusiliśmy się ze śmiechu. Oto w tym pięknym kościele znajdowała się grota w której był Jezus w bardzo dziwnej pozie. Zdjęcia tego nie oddają, ale wyglądało to fatalnie. Po drodze minęliśmy jeszcze pomnik JPII, którego można poznać było głównie po podpisie, bo podobieństwa to nie było za wiele. Samo centrum bardzo przytulne, ale przeraźliwie opustoszałe. Wracając trafiliśmy do prześlicznego, romantycznego parku, którego może pozazdrościć wiele miast. Droga powrotna pociągiem i pod górę minęła bardzo spokojnie. Wróciliśmy przed godziną 23, chociaż zapowiadaliśmy powrót dla kierowniczki wypoczynku na godzinę 1, miała nam wtedy otworzyć drzwi. W drodze do pokoju trafiliśmy na wielce oburzonego (chyba) właściciela „To nie jest hotel Ritz w Paryżu! To jest schronisko młodzieżowe! Tu trzeba uprzedzić jak ma się zamiar późno wrócić!”. Tym akcentem zakończył się nasz dzień.

Poniedziałek – 8.02.2016r.

Schronisko oceniam bardzo wysoko

Schronisko oceniam bardzo wysoko


Kamil miał jeszcze tego dnia egzamin, więc bardzo wcześniej wyjeżdżał, a ja wstałem o 5 by zamknąć za nim drzwi, ponieważ nie chciałem podpaść zarządcom. Położyłem się ponownie i wstałem razem z Piotrkiem o godzinie 9.50, zgodnie z nastawionym budzikiem. Wzięliśmy prysznic i roześmiani chodzimy po pokoju a wtem wchodzi uśmiechnięta pani z biura „Chłopcy, a co Wy tu jeszcze robicie?”. No nic, okazało się, że nasza doba hotelowa zakończyła się o godzinie 10, więc pośpiesznie się spakowaliśmy. Oczywiście ja jak to ja byłem ostatni, ale wszystkie rzeczy dopakowałem już na korytarzu. Mieliśmy jeszcze mnóstwo czasu, postanowiliśmy, że śniadanie zrobimy w drodze na dworzec. Idealnym miejscem na piknik była tama, obok której znajdowały się ławeczki. Skosztowaliśmy kanapek, Piotrek zaczął wchodzić w różne dziwne miejsca. Bawiłem się aparatem i gdy się rozejrzałem to byłem sam. Mój przyjaciel poszedł gdzieś w górę rzeki, ja zacząłem znów nagrywać naturę. Podobno drogą szły jak to określił Piti hot czternastki i powiedziały mu „dzień dobry”.
Przykuc

Przykuc

Tama

Tama


No to się szybko spakowaliśmy i poszliśmy ku centrum, w nadziei, że kogoś spotkamy. Stwierdziłem, że będę dźwigał namiot, bo Piotrek w tym swoim moro wygląda wystarczająco męsko. Żywej duszy po drodze nie napotkaliśmy, wstąpiliśmy tylko na plac zabaw, gdzie mój kompan wspinał się po linach jak małpa.
Na placu zabaw

Na placu zabaw


Podróż do Katowic minęła bez przygód. Na śląskim dworcu doładowaliśmy się śmieciowym jedzeniem.
Śmieciowy obiad

Śmieciowy obiad


Rozstaliśmy się trochę w nerwowej atmosferze, ponieważ oboje mieliśmy potrzebę skorzystania z toalety, ja poszedłem pierwszy, a że droga do nich była bardzo długa, to dla drugiej osoby nie starczyło już czasu. W pociągu powrotnym zagadałem do pani w przedziale, która okazało się żoną sławnego alpinisty, przyjaciela Kukuczki. Bardzo pochwalała moją miłość do góry, przez drugą połowę drogi sporządzałem właśnie tą relację.
Mój dobytek

Mój dobytek

Cel powrotu

Cel powrotu

Podsumowując wyjazd uważam za bardzo udany, pozwolił mi wreszcie trochę odetchnąć. Nauczył mnie pokory, by zawsze zabierać odpowiedni sprzęt ze sobą. Mam szczęście, że w tym roku było wyjątkowo ciepło.

Jako uzupełnienie relacji polecam obejrzenie krótkiego filmu mojego autorstwa z tego wyjazdu. Niestety akumulator wyczerpał mi się dość szybko. Jest to też mój pierwszy wyjazd na którym nagrywałem aparatem i dopiero uczę się manualnego nagrywania:

Dorzucam dodatkowo film z ubiegłego roku, także mojego autorstwa:

One thought on “Zimowa Watra Wędrownicza 2016

  1. Rozumiem, że miasto określa sie poprzez czystość pociągów które jeżdżą po całym kraju? :)
    Mieszkam w Katowicach często jeżdzę pociągami i nigdy w życiu takim nie jechałam, a na watrze tez byłam i jechałam nowym pociągiem;)
    Zostawmy stereotypy dla siebie jest XXI wiek :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *